19 września, 2013

Dzień pozornie jak co dzień. Spłukałam się na półprodukty mające uratować mi twarz. Oczodoły mam czerwone, jakbym nocami tłukła się na północnej części warszawskiej Pragi. Zmywam makijaż, dzwoni Stri i pakując sobie w oczy świeżo ułamany kawałek mydła Aleppo, grzecznie słucham jej poleceń wyrównania ph tonikiem. Parzę herbatę i przeglądając facebookową ścianę rzuca mi się zdjęcie z nazwiskiem znajomego na pierwszym planie. Znajomy to taki typ człowieka, którego zna się nie wiadomo skąd i nie wiadomo od kiedy, którego zna twój znajomy i znajomy znajomego. O którym mówi się, że musi być go trzech, bo to niemożliwe, żeby był wszędzie. Który mimo, że kilkanaście lat starszy, skacze z szesnastoletnią Tobą po parapetach wynajmowanych lokali, zapijając tanim winem okrzyki pankrok, kurwa! i w sumie to jedne z nielicznych słów jakie między wami padają. Ot, człowiek-legenda.

To zdjęcie z jego nazwiskiem to zdjęcie nekrologu.

Coś jest nie tak ze światem.

11 września, 2013

Do wszystkich blogerek...

...które ulubione kosmetyki odkupują.
Tak jak bynajmniej nie jest zamiennikiem przynajmniej, tak odkupić nie oznacza kupić ponownie. Niestety powoli robi się z tego na blogach taka plaga, jak z recenzji mazaków Astora w czasach zamierzchłych.

Machnęłabym tu elaborat, ale może innym razem. Teraz wyręczę się jeszcze tylko screenem z sjp.pl i wrócę do kichania, kaszlu, smarkania i herbaty z miodem. 

06 września, 2013

Długo zastanawiałam się, o czym by tu napisać i jak znaleźć na to czas i siły (a tych ostatnio mało), nie naruszając kilku nędznych godzin przeznaczonych na sen. Inwencja twórcza przyszła sama, razem ze skierowaniem do sanatorium.
W lutym 2012 dostałam pisemne zalecenie ze szpitala: mam się skierować do nfz-u i poprosić o umieszczenie mnie w ośrodku uzdrowiskowym znajdującym się na terenach okołogórskich. Moje podanie momentami przypominało list błagalny, jasno mówiący że jako studentka nie jestem w stanie pozwolić sobie na trzytygodniowe wakacje w środku semestru, więc bardzo, bardzo proszę o przydzielenie mi terminu wakacyjnego. Podczas dziewiętnastu miesięcy oczekiwania na rozpatrzenie prośby, mój stan zdrowia zdążył się polepszyć, lekko pogorszyć, nieznacznie polepszyć, żeby na koniec posypać się z pierdolnięciem i dać mi jeszcze czas na wygrzebanie się z tego. Aktualnie ani trochę nie przypominam osoby, która potrzebuje zabiegów i specjalnego traktowania (dzień później: okej, może trochę jednak tak). Cotygodniowe zastrzyki dają radę (dzień później: mhm, w miarę).

Przedwczoraj telefon od rodzicielki: jest polecony, otwierać? Otworzyła.
Okazuje się, że mam spędzić trzy sielskie listopadowe tygodnie w Lądku Zdrój. Listopadowe. Na samym początku studiów, do których tak bardzo chciałam się przyłożyć. Poza zabiegami oddawałabym się też rozmyślaniom: że Czechy tak blisko (a DM z nimi), że zatrudniona na umowę-zlecenie nie dostanę w grudniu wypłaty, a zaległości na uczelni tworzą się jedna za drugą. Idealne warunki do odpoczynku!
Wiem, że sanatorium to nie kolonie a leczenie, ale na litość - nie dałoby się przeczytać dołączonego podania? Ktoś tam działa na zasadzie "nie możesz podczas semestru? a masz, dowalimy ci sam początek". Jakim cudem dopiero w okresie wakacyjnym w pracy zaczęłam odbierać od moich uczniów-emerytów napływające falami zaświadczenia o pobycie w tymże? Nie da się tego jakoś zrównoważyć? Przełożyć podobno można tylko o turnus/dwa - nie wiem, nie mogłam się dziś nigdzie dodzwonić. Wyczuwam interesujące w skutkach boje. Przygotujcie popcorn!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka