Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetycznie. Pokaż wszystkie posty

12 listopada, 2013

Flormar, Passionate Dots - pierwsze wrażenia.

Pewne zagięcie czasoprzestrzeni bierze się stąd, że wczoraj nad wpisem zasnęłam. Kiedyś musiałam. 

Umowa zlecenie ma to do siebie, że będąc wyjątkowo bezczelnym człowiekiem, dostatecznie zaplątanym we własne kłamstwa, można zachorować i skazać dwie studentki dzienne na przejęcie trzeciego etatu. Pomiędzy zwolnieniem pewnej tępej dzidy a zatrudnieniem nowej pracownicy upłynęło dostatecznie dużo czasu, żebym mogła przypomnieć sobie jak wygląda brak snu przez więcej niż dobę, łączyła kawę z energetykami, energetyki z musującymi wspomagaczami, zagryzała wszystko magnezem na wszelki wypadek, zaliczyła krwotok z nosa, wymioty ze zmęczenia i noc zakupów z perspektywy sprzedawcy, między dwiema zarwanymi nocami i dwoma kolokwiami. Pomimo kolejnych trzech kolosów w tym tygodniu, dziś wczoraj pozwoliłam sobie wrzucić na luz. Tym bardziej, że obchodzimy obchodziliśmy Dzień Jeża!

Chciałam opowiedzieć Wam o mojej liście życzeń, ale pisało mi się o nich kulawo jak nigdy. Zamiast tego na specjalnie życzenie Puszysławy (chociaż nie wie, że sobie życzyła), na warsztat wjeżdża limitowania edycja Passionate Dots.


Nie planowałam upubliczniania tych zdjęć; miały być wyłącznie treścią mmsa do przyjaciółki, którą dużo bardziej obchodziłyby opakowania. Założyłam z góry, że w kwestii zawartości zda się na mnie i że wystarczy jej do szczęścia już sama obecność czerwonego blaszanego opakowania w czarne groszki z puchatym aplikatorem w środku. Te puszki, z płaską i również brzęczącą pokrywką, to pudry terracotta, 39,90 za sztukę. Do wyboru mamy rozświetlacz w kolorze jasnego złota (ale nieco ciemniejszego od Mary-Lou) i bronzer równie mocno napakowany drobinkami. Nie miałam okazji testować żadnego z elementów PD na sobie, ale testy na dłoni w tym przypadku wypadły zachęcająco. Przyznaję, że opakowanie też zrobiło swoje i nawet ja zastanawiam się, czy nie przytulić jednego egzemplarza. Obstawiam, że będą się dobrze sprzedawać jako prezenty świąteczne.
Mniejsze opakowanie z przodu: puder transparentny, 34,90. Pomadki są odpowiednikiem standardowej serii Deluxe Cashmere. Na temat jednych i drugich nie mam jeszcze zdania. Palety cieni to moim zdaniem lekkie przegięcie: 53,90 za osiem cieni, srsly? Zestaw dwóch kosmetyczek za 25 zł wykonany jest z czarnej, dość grubej siatki: nie mają dodatkowego, poszerzającego materiału na dnie, więc za dużo do nich nie upchniemy.
Eyelinery sprzedają się najlepiej. W nakrętce ukryty jest pędzelek, a w opakowaniu całkiem miła, żelowa konsystencja. Produkt nie robi na oku skorupki, jest dość giętki i żyje razem z powieką. Wolałabym nakładać go jednak własnymi akcesoriami. Do wyboru mamy czerń, granat i połyskliwą zieleń, 23,90 od sztuki.
Last but not least: lakiery! Niestety nie załapały się na zdjęcie, ich miejsce na wystawce chwilowo było zajęte. Do wyboru mamy sześć kolorów: czarny, fioletowy, niebieski, czerwony, pomarańczowy i okołomiętowy. Wszystkie mają piaskowe wykończenie, jest ono jednak na tyle delikatne, że w połączeniu z brakiem błyszczących drobinek może chwycić za serce wyłącznie znawczynie i pasjonatki tematu (i nie, wcaaale nie myslę o $tri). Niewtajemniczone klientki często twierdzą, że wygląda to-to jak zepsuty lakier i 12 zł decydują się wydać na maty. Narobiłam Pusi nieco nadziei, bo jedyne nawiązanie do retro klimatów to te kilka groszków, dzięki którym opakowania nie odstają od całej reszty serii. Wysepki F. wyposażone są w testery tych lakierów, więc jeśli ktoś cieszy się stacjonarnym dostępem do produktów marki, ma jedną rzecz do zmacania więcej.

Jeśli o mnie chodzi, skuszę się pewnie na czarny piasek. Zachwyciło mnie to zdjęcie, kiedy przeglądałam grafikę google pod kątem serii PD. Zastanawiam się też nad terracottą, działa ładne opakowanie i hasło 'limitowane'. Ciekawe czy Wam coś wpadło w oko.

Pozdrawiam z przepełnionej miłoscią Warszawy!
Jeż

02 lutego, 2013

Beauty, to me, is about being comfortable in your own skin. That, or a kick-ass red lipstick.

Czerwona szminka zawsze wydawała mi się kosmetykiem, który na wiek wieków pozostanie poza moim zasięgiem. Brakowało mi odwagi, brakowało mi umiejętności, za to odcieni czerwieni na twarzy ogółem nie brakowało zdecydowanie. Nie należałam (i ciągle nie należę) do tych odważnych dziewczyn które oko obramowują czarną krechą, na usta kładą strażacką czerwień, a problemy z trądzikiem mają, poza tym że na twarzy - w dupie.
Sytuacja skórna się na szczęście zmieniła, a moja przygoda z makijażem jako takim nabrała rozpędu. Śmiać mi się chce i sama sobie nie wierzę kiedy pomyślę, że oswajanie 'czerwieni' zaczynałam od truskawkowej Nivei Fruity Shine, a malinową Almost Famous z Essence o błyszczykowym wykończeniu nakładałam jedną warstwą i tylko na większe wyjścia. Moja kolekcja ciemnych i widocznych szminek powiększyła się znacznie i chociaż nie noszę ich na co dzień (już widzę i słyszę mojego szefa...), to lubię czasami pomalować usta nawet jak siedzę w domu i dupa moja nic poza dresem danego dnia nie widziała. 

Najświeższym, najbardziej lubianym i najczęściej używanym okazem jest wytwór Sephory: Rouge 02. Na stronie internetowej ma nawet zachęcającą nazwę Courtisane, na opakowaniu nic takiego nie widziałam. Nie wiem jak to działa, ale w sklepie wydawała się mieć idealny bordowy kolor. Im częściej jej jednak używam tym bardziej mam wrażenie, że to po prostu ciemna, głęboka czerwień i wyjście z nią do ludzi wcale nie wymaga aż tyle pewności siebie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, jak mówią - szybko się do niej przyzwyczaiłam ;)

Sztyft zamknięty jest w solidnym opakowaniu o dość oryginalnym kształcie i niezbyt małej - w porównaniu do zawartości - nakrętce. Nie otwiera się samoistnie, jednak zaznaczam: w przepastnych torbach jej jeszcze nie nosiłam.
Producent na jej temat wiele nie mówi: obiecuje nam po prostu zachwyt nad intensywnością kolorów, która to intensywność ma być zasługą pigmentów kolorystycznych, stanowiących 20% składu. Krótko, bez lania wody i zgodnie z prawdą. Mam dwie pomadki z tej serii i obie nie są nieśmiałymi egzemplarzami, nadającymi wargom delikatny kolor. To pomadka którą widać.


Zazwyczaj w celu przedłużenia trwałości wspomagam się podkładem, kredką do ust, odciskaniem w chusteczkę między kolejnymi warstwami lub przypudrowywaniem warg. Tym razem po prostu nawilżyłam je masłem Nivei bezpośrednio przed malowaniem się; nie skróciło to drastycznie czasu przebywania czerwieni na moich ustach. Po pięciu godzinach i trzech herbatach kolor nadal na nich tkwił, mimo że już  trochę mniej błyszczący. Przy tłustawych schabowych szminka powiedziała dość i zniknęła, zostawiając po sobie delikatny ślad wcześniejszej bytności. Niestety było już po siedemnastej i ciężko było mi znaleźć światło dzienne na tej szerokości geograficznej, stąd żółtawe zabarwienie skóry i słabsza nieco widoczność. Ale i tak jest fajnie.

wanna-be Śnieżka | ponad pięć godzin później
Standardowo Rouge kosztuje 39 45zł i jest tej ceny jak najbardziej warta. Chętnie dokupię kolejne kolory, zwłaszcza tak jak do tej pory - podczas promocji i wyprzedaży. 
Jak najbardziej polecam, chwalę i pożądam!

20 stycznia, 2013

Włóż róż!

Silky Touch Blush był pierwszym przedstawicielem Grupy Trzymającej Władzę Na Policzkach, po jakiego sięgnęłam. Nie zastanawiałam się, jaką markę wybrać: w liceum jeszcze nie miałam zbyt dobrego rozeznania w temacie, a Essence nigdy wcześniej krzywdy mi nie zrobiło. Cena też zachęcała, więc czemu nie? 
Nie wiedząc jeszcze o istnieniu licznych blogów i publikowanych na nich słoczy, wyboru dokonywałam dopiero w drogerii - jak zawsze drogą eliminacji. Brązowy 40 natural beauty był dziwnym tworem, brzoskwiniowy 30 secret-it-girl uznałam za dobry dla kogoś kto lubi z makijażem zaszaleć (ha-ha). Adorable mógłby być niezbyt widoczny, padło więc na numer 20: babydoll.

Jedno jest pewne: trzeba by się naprawdę mocno postarać, żeby zrobić sobie nim krzywdę. Sięgam po niego zwłaszcza w poranki kiedy wszystko idzie nie tak i nawet tusz do rzęs planuje zamach na moją twarz.  Widoczne w opakowaniu drobinki na skórze wyparowują, a sam róż również nie jest bardzo widoczny: służy do ożywienia twarzy bez zwracania na siebie uwagi. Działa jak henna brwi mojej koleżanki na moje odczucia: coś jej się w twarzy polepszyło, ale ciężko stwierdzić co to takiego. Znajomi czasem mówią mi, że mam męski mózg. Sprawdzanie w google jak wygląda kolor rubinowy nie działa tu na moją korzyść.

30 secret-it-girl | 20 babydoll

Razem z pewnością we władaniu pędzlem nadeszła ochota na brzoskwinię na policzkach. Na celowniku miałam sławny Apricot Smoothie, jednak wtedy jeszcze brakowało mi odwagi: kolekcja powiększyła się więc o kolejne okrągłe pudełko. Brzoskwiniowa trzydziestka poza kolorem zostawia na policzkach delikatny błysk. Mam wrażenie, że jest jeszcze delikatniejsza niż babydoll.

Obie wersje delikatnie pylą przy nabieraniu na pędzel, przez co opakowanie* ciągle sprawia wrażenie przykurzonego. Nie osypuje się na twarzy, nie robi plam. Trwałość jest dość przeciętna, znikają równomiernie i po czterech-pięciu godzinach już ich nie ma. Powalają za to wydajnością. Prędzej nadejdzie termin ważności, niż ukaże się choćby najmniejszy kawałek dna.

*Plastik dizajnem nie powala: proste, bez wydziwiania, napisy się ścierają. Wolę jednak to niż różaną edycję Wibo.

Są wybitnie niefotogenicze. Sporo musiałam się dziś pędzlem namachać, mimo dnia w dresie i bez makijażu.

lewa strona nigdy się nie budzi... | 30 secret-it

prawa strona nigdy nie... a, figę | 20 babydoll


17 stycznia, 2013

Hakuro? Jestem na nie.

Spodziewałam się po nim wiele. Przybył do mnie pewnego wakacyjnego poranka i chociaż nie dałam rady jeszcze na dobre otworzyć oczu, na oślep wymazałam się podkładem żeby sprawdzić jak się spisuje. Miękki, gęsty, miły w dotyku. Mogłam zgodzić się ze wszystkimi wychwalającymi go recenzentkami. Do czasu.

Minęło jakieś 1,5 miesiąca przetrzymywania H51 - bo o nim mowa - w ochronnej folii, delikatnego mycia i suszenia włosiem do dołu na specjalnie stworzonej konstrukcji z kubka po smoothie (za udostępnienie rekwizytu dziękuję kawiarni coffeeheaven), a na mojej twarzy zaczęły pojawiać się pierwsze pochodzące ze skuwki włosy. Początkowo znosiłam to cierpliwie, zdejmując je z siebie codziennie po nałożeniu podkładu. Pytanie brzmi: ile można? Zwłaszcza kiedy włosów jest coraz więcej, wyłażą całymi pękami, zasypują umywalkę i zatykają odpływ (spróbujcie wybrać je stamtąd pojedynczo). Do oczyszczenia twarzy potrzebowałam już nie własnych palców, a porządnego zmiatania pozostałości pędzlem. Agencie 51, przegięliście pałę.



Nie chciałam uprzedzić się do marki. W oko ciągle wpadają mi ciekawe egzemplarze, jak na przykład ten do blendowania cieni, czy jajko do konturowania twarzy. Zdrowy rozsądek na razie bierze jednak górę: mimo zachwytów w blogosferze i świadomości, że pewnie miałam pecha i trafiłam na wadliwy model, boję się wydawać swoje ciężko zarobione pieniądze na coś, co może przysporzyć mi więcej frustracji niż modelowanie facjaty patyczkiem kosmetycznym. Dziękuję, na razie postoję.

10 stycznia, 2013

Do trzech razy sztuka: Emolium, olejek do kąpieli.


Emolium było pierwszą marką, która pojawiła się w mojej łazience po zdiagnozowaniu atopowego zapalenia skóry. Coś pod prysznic było gęstym olejkiem (a może kremem? na pewno topornie się rozprowadzało po ciele), a roli i ważności balsamu do ciała nie potrafiłam jeszcze docenić.
Kiedy w pakiecie z nowym mieszkaniem dostałam dużą wannę, postanowiłam dodatkowo zadbać o nawilżenie całego ciała i raz na jakiś czas zafundować sobie kąpiel w specjalistycznym preparacie. Po bardzo długiej rozłące ponownie padło na produkt Emolium: olejek do kąpieli. Według producenta jest to

"nowoczesny emolient polecany do kąpieli emoliencyjnych dla dzieci i dorosłych ze skórą bardzo suchą, podrażnioną i swędzącą. Dzięki starannie dobranemu i przebadanemu zestawowi substancji aktywnych skutecznie pielęgnuje skórę suchą, bardzo suchą, szorstką, popękaną i swędzącą: odżywia skórę i dostarcza jej lipidy, długotrwale natłuszcza i nawilża naskórek, ogranicza przeznaskórkową utratę wody, odbudowuje płaszcz hydrolipidowy oraz zmiękcza i uelastycznia naskórek. Skutecznie likwiduje uczucie świądu i zmniejsza podatność na podrażnienia. Olejek ma właściwości myjące. Hypoalergiczna formuła Olejku do kąpieli powstała we współpracy z dermatologami. Jest rekomendowany do stosowania u dzieci i niemowląt.
Olejek do kąpieli Emolium otrzymał pozytywną opinię Centrum Zdrowia Dziecka."

Nasza pierwsza wspólna kąpiel skończyła się pokrzywką i drapaniem. W dzieciństwie przyzwyczaiłam się do bardzo gorących posiedzeń, możliwe więc że to co uznałam za letnią wodę, nadal było dla mnie za ciepłe i spowodowało taką reakcję.
Podejście drugie: znowu pokrzywka i świąd. Może po prostu zawiesiłam się i odruchowo paznokcie poszły w ruch? Może pokrzywka jest wynikiem zbyt długiego leżenia w wannie, może woda ciągle jest za ciepła?
Zrobiłam sobie dłuższą przerwę i wczoraj postanowiłam dać olejkowi ostatnią szansę. Skupiłam się na tym, żeby nie zacząć drapać się z nudów. Woda była letnia, nie tylko według moich preferencji temperaturowych. Usiadłam w wannie i już po chwili skóra pod kolanami zaczęła szczypać, mimo że na co dzień nie mam żadnych problemów z atopowym od pasa w dół. Drapnęłam delikatnie dla świętego spokoju i położyłam się. Zgodnie z zaleceniami kąpiel nie trwała dłużej niż 15 minut, a mimo to bardzo szybko zaczęły swędzieć mnie też ręce. Nie tylko wszelkie zgięcia, jak zazwyczaj: powierzchnia od ramion aż po czubki palców. Bomba. To będzie chyba mój najdroższy preparat do mycia pędzli.

Producent próbuje zachęcić nas składnikami aktywnymi. 
  • Arlasilk® Phospholipid GLA (2%)
  • Urea (5%)
  • Hialuronian sodu (2%)
  • Olej macadamia (3%)
  • Masło shea (2%)
  • Trójglicerydy oleju z kukurydzy (1%)
  • Alantoina (0,6%)
  • Olej parafinowy (10%)
  • Gliceryna (15%)

Nie do końca rozumiem, dlaczego nie można było całego składu napisać po polsku. I dlaczego trzeba było wpakować tam olej parafinowy. Reszty składników nie znam: ciężko jest znaleźć skład INCI w Internecie, o czym nie wiedziałam wyrzucając pudełko. Sądząc po długiej liście składników któregoś z ich kremów, na który natknęłam się przypadkiem, spis ingrediencji oleju też ciągnie się pewnie jak dzień roboczy.
Podumowując: paaanie, idź pan.

08 stycznia, 2013

Figs&Rouge - balsam całkowicie jadalny.

Wokół balsamów od Figs&Rouge kręciłam się kilka tygodni. Nie chcąc bawić się w zakupy internetowe (dla jednego pudełeczka średnio się to opłacało), znalazłam w Warszawie aptekę mającą je w swojej ofercie i czekałam na przypływ sił pozwalający zrobić mi po pracy kilka nadprogramowych kilometrów, zamiast resztkami sił i świadomości wpakować się w autobus do domu. Chwila taka nie nastąpiła, bo z pomocą przyszła mi Obsession i jej rozdanie, w którym wygrałam niebieską puszkę z zawartością o zapachu geranium. A nawet sweet geranium.

Nie jestem wielbicielką gadżetów w stylu retro. Groszki, kokardki, i delikatne kolory to zupełnie nie moja bajka, a mimo to opakowania zaczarowały mnie od pierwszego wejrzenia. Gdybym miała się kierować wyłącznie wyglądem zewnętrznym, poza aktualnie posiadanymi balsamami już dawno byłyby u mnie Coco Vanilla, Pomegranate i Aloe&Mint. Blaszane puszki dobrze strzegą dostępu do zawartości: nie ma mowy, żeby opakowanie otworzyło się samo w otchłani damskiej torebki. Początkowo bałam się, że przy odkręcaniu połamię sobie paznokcie. Na szczęście wrażenie to szybko mija, pokrywka chodzi trochę luźniej a paznokcie i tak się połamały. Jakby tego było mało, na powierzchni balsamu wytworzył się odpowiednik kożucha na mleku: gumowa warstwa po przeciągnięciu po niej palcem rozciąga się zamiast dać się nałożyć na usta. Dopiero wydrążenie w niej otworu pozwala dostać się do Produktu Właściwego.

uparta puszka, dziura i Produkt Właściwy
Produkt Właściwy jest bardzo gęsty, nabiera się obficie i trzyma warg jak przyklejony (nie klejąc się przy tym wcale). Wyczuwalne pod palcem grudki znikają podczas aplikacji. Zazwyczaj używam go na noc, a rano budzę się bez niepożądanych skórek na miękkich, wygładzonych ustach. Na zdjęciu obok zużycie po około 2 tygodniach codziennego stosowania. Wydajność, moim zdaniem, średnia.


Do tej pory geranium nie budziło we mnie żadnych skojarzeń, może poza piosenką zespołu Ich Troje - w dzieciństwie fanka była ze mnie pierwszorzędna; pogardliwie traktowałam tych którzy pałali do Wiśniewskiego miłością dopiero po wydaniu czwartej płyty w czerwonej okładce. Mam nadzieję, że nikt z rodziny nie pamięta jak w podstawówce poryczałam się z radości, kiedy pod choinką znalazłam dwa krążki wyżej wymienionych. I że kiedyś uda mi się napisać posta nie zbaczając z tematu. Dziś geranium to dla mnie zapach niezbyt przyjemny: duszący, lekko miętowy, kojarzący się z apteką i  marudzeniem typu 'fuu, znowu piłaś z gwinta po nałożeniu tego na usta'. Sweet G. i równie sweet - ale na swój sposób - R. zdecydowanie się nie polubili. Między innymi dlatego kiedy dowiedziałam się o dniach darmowej dostawy (5h przed ich zakończeniem), weszłam na pierwszą lepszą stronę z czystej ciekawości (www.skarbiec-natury.pl) i zobaczyłam balsamy F&R przecenione na 18,60 (zadziałało samo słowo 'promocja'), długo się nie wahałam i dwa dni później na poczcie czekał na mnie wariant wiśniowo-waniliowy.



Znowu wkurzył mnie zapach. Tym razem wiedziałam mniej więcej czego mam chcę się spodziewać: słodyczy wanilii i aromatu wiśni. Dostałam eukaliptusa i smak cukierków lodowych. W mordę jeża! Cudem nie straciłam cierpliwości i planuję jeszcze co najmniej jedno podejście - ciekawi mnie Wild Cherry na przykład.
Co mnie dziwi, to zupełnie inna konsystencja produktu. Nie trzeba go wydłubywać jak w poprzednim przypadku; zachowuje się i wygląda jak wazelina, wystarczy więc przejechać palcem po powierzchni, żeby balsam lekko się stopił i w znacznie mniejszej ilości powędrował na usta. Obecności gumowej warstwy nie stwierdziłam. Dzięki temu nie zużywa się tak szybko jak jego niebieski odpowiednik; chociaż wytrzymuje na skórze trochę krócej i zostaje bardziej na powierzchni zamiast w nią wsiąkać, końcowy efekt jest taki sam.

Czy kupię ponownie? Nie wiem. Do zużycia mam trzy masła Nivei i kilka sztyftów, do tej pory moją uwagę może zwrócić równie dobry produkt w trochę korzystniejszej cenie. Z drugiej strony, pozostałe opcje kuszą i nawołują do spróbowania.
Pewnie ulegnę.


*W tym miejscu chciałabym pozdrowić Pana Rafała który własnoręcznie podpisał się na kartce 'Paczkę dla Ciebie pakował...' i dorzucił mi kilka próbek do koperty. Skarbiec Natury, plus dla Was za to i za super szybką dostawę!

06 stycznia, 2013

2012 kosmetycznie



Nawet jeśli tworzenie kosmetycznych podsumowań staje się powoli zbyt mainstreamowe, to ja i tak  chętnie skorzystam. W ubiegłym roku moja kosmetykomania rozwinęła się w tempie niemalże natychmiastowym i moje zbiory dość szybko ewoluowały z turkusowej kredki do oczu w... ech, liczyć będę może innym razem.

Zmieniło się wiele. Moja pielęgnacja włosów nie opiera się teraz wyłącznie na umyciu ich szamponem. Na dobre wkręciłam się w olejowanie - najlepiej olejem kokosowym. Kupiłam go z zamiarem nawilżania twarzy i ciała w gorsze dni, jednak szybko się przekonałam że świetnie sprawdza się na wielu płaszczyznach. Jego aplikacja jest łatwiejsza i przyjemniejsza niż w przypadku płynnych olei, a w duecie z odżywką Garniera czyni, proszę Państwa, cuda. Po pierwszym zastosowaniu tego połączenia spędziłam pół godziny czesząc i macając swoje wyjątkowo miękkie i sypkie włosy.

Cuda - tym razem na twarzy - potrafi czynić też pędzel do makijażu. W czerwcu na stałe przerzuciłam się z aplikacji podkładu palcami na flat topy: pierwszy z nich niestety nie podołał, zastępca rewelacyjnie sprawuje się do dziś. Mowa pędzlu marki Everyday Minerals. Mimo że początkowo wydawał mi się bardzo krótki, w dłoni leży idealnie (co ja piszę...). Włosie jest miękkie, gęste i nawet jeśli nie umyję go zaraz po użyciu, spiera się bez problemu. Tylko raz musiałam użyć oliwki do rozpuszczenia resztek podkładu. Photoshopa na twarzy mi nie robi - nie ta twarz :P - ale efekt i tak wart jest wydania na niego czterdziestu złotych (allegro). 

W marcu/kwietniu postanowiłam rozszerzyć kolekcję róży do całych dwóch sztuk. Essence Silky Touch Blush w wersji 20 Babydoll (róż) i 30 Secret-it-girl (brzoskwinia) zaspokajały moje potrzeby przez kilka miesięcy. Później uwierzyłam że jestem w stanie się tym kosmetykiem posłużyć i kolekcja rozrosła się o kilka innych egzemplarzy, w tym pięć jebitnie napigmentowanych Inglotów. To jednak nie one, a czerwony egzemplarz z limitowanej edycji Essence Breaking Dawn 2 zawładnął moją kosmetyczką. Idealny na dni, kiedy przejedzą mi się typowo pomarańczowe czy różowe odcienie. Dzięki Little Sunshine mam nawet kolejny w zapasie :) 

Często pomijam malowanie rzęs czy oczu ogólnie, jednak 2012 uświadomił mi, że bez modelowania twarzy nie lubię wychodzić z domu. Zamiast różu wybieram czasem duet brozner + rozświetlacz. Od kiedy w moje ręce trafił Mary-Lou Manizer, nic więcej już nie chcę. Chęć używania go dodatkowo motywuje mnie do walki z przetłuszczającą się twarzą. Tańczy, śpiewa, recytuje a niedługo zacznie nawet zmywać.

Kolejną nowością na mojej twarzy okazały się szminki. Przeróżne odcienie wpadły mi do koszyka kilkanaście razy i dzięki posiadaniu w kolekcji jasnego, koralowego odcienia wiem już, że moja bajka to ciemne, widoczne kolory. Rok temu piłam szampana z fioletem na ustach, w tegorocznego Sylwestra uśmiechałam się Sephorą R02. Poza nią równie często towarzyszył mi Red Butler - ciemna, malinowa czerwień z Catrice'owej hollywoodzkiej kolekcji.

To chyba na tyle, jeśli chodzi o totalne nowości w moich makijażowych (nie autokorekto, nie masażowo-parowych) rytuałach. Jeśli chodzi o czynności które obce mi nie były, oto kosmetyki które najbardziej przypadły mi do gustu:
  • H&M, Midnight Passion - najbardziej uniwersalny kolor na moich paznokciach. Bo od rażących czerwieni bardziej wolę te wpadające w bordo. I często pasuje do ust.
  • Tusz do rzęs, czy jak kto woli - maskara od Essence: Multi Action - nigdy nie wydałam więcej niż 11zł na tusz do rzęs (zdarzyło mi się kupić tylko ten i inny wytwór E. w ojro, więc o czym ja mówię...). Robi mi z rzęs firany, to lubię.
  • Dzięki Zoili odkryłam perełkę wśród korektorów. Kremowy camouflage od Alverde nakładany pod oczy nie piecze, nie szczypie, w dodatku kryje. Rzecz niespotykana.
  • Woda termalna - najczęściej od Avene - to zbawienie dla mojej atopowej skóry. Poza nawilżaniem świetnie chłodziła w upalne dni, odwlekając w czasie moment uderzenia pokrzywki.
  • Last but not least: Inglot Freedom System. Uruchomiłam już drugą paletę na róże, pojawiła się też konieczność zakupienia kolejnej 'dziesiątki' na cienie. Wishlista z odcieniami stale się powiększa, a ja nawet nie czuję potrzeby malowania oczu czymś innym. Trochę niedobrze, wypadałoby zużyć zapasy.

16 grudnia, 2012

Ryję ryjem

o podłoże ze zmęczenia.

Zbliżający się koniec roku nie oznacza dla mnie rocznych podsumowań, postanowień czy drastycznych zmian (chociaż po chwilowym zastanowieniu mogę stwierdzić, że po trochę z każdej kategorii się zbliża; przypadkiem). Koniec roku to w pewnych firmach zatrudniających studentki, okres podsumowań i rozliczeń finansowych - a co za tym idzie, wzmożonej pracy. Zwłaszcza jeżeli od podsumowań i rozliczeń jest jedna osoba. Mój dzień pracy ostatnio prawie za każdym razem wydłuża się o trzy-cztery godziny. Jeśli w ogóle wyniosę laptopa z firmy, rzadko mam ochotę uruchamiać go w domu. Spędzałabym ponad pół doby przed monitorem, fuj.
W minionym tygodniu służbowa wigilia przerodziła się w naprawdę dobrą imprezę, a impreza ta skończyła się dla mnie oczywiście szpitalem. Un-fucking-believeable, jak nie urok to pod rynnę. Zapicie piwem -nastej godziny poza domem (alternatywą była warszawska kranówa) obudziło we mnie przeczucie, że natychmiast powinnam znaleźć się we własnym łóżku. Przekonałam współbiesiadników że ja muszę i jak Kopciuszek zniknęłam z lokalu grubo przed północą. Nie zdążyłam nawet dotrzeć na autobus, a moja twarz już wyglądała jakbym spała w gnieździe wyjątkowo wkurwionych os. Pół roku temu sama przestrzegałam co w takiej sytuacji należy zrobić, jednak moja hipokryzja i - tym bardziej - poziom adrenaliny zrobiły swoje. Przeżyłam podróż do domu, spakowałam szczoteczkę do zębów i inne artykuły pierwszej potrzeby, wypiłam wapno i dopiero wtedy pozwoliłam wezwać do siebie pogotowie. W sytuacjach stresowych nie myśli się logicznie; w liceum poważnie obiłam sobie głowę o beton i zamiast od razu pokazać się u pielęgniarki szkolnej, najpierw wyszorowałam zęby w kiblu w damskiej przebieralni. Na szczęście na w-f już mnie nie wpuścili.

Kolejny raz przekonałam się, że wszyscy ratownicy to fajne chłopaki. W karetce ucięliśmy sobie miłą pogawędkę; zawsze w takich sytuacjach ociekam ironią i dystansem do siebie, nawet jeśli towarzyszą mi drgawki. Oberwałam lekami dożylnie, domięśniowo i gdyby nie zniekształcenie twarzy, nikt by nie powiedział że cokolwiek mi się stało. Kojarzycie 'Sposób na teściową' z J.Lo.? Główna bohaterka też była alergiczką i mimo że dzień przed swoim ślubem wyglądała tak:
to leżenie w łóżku jej pomogło i podczas ceremonii znów zachwycała urodą. Zaprawdę powiadam Wam, takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Mija trzeci dzień i dopiero teraz przestaję wyglądać jakbym poddała się botoksowi. W pracy wzbudzałam spore zainteresowanie, a do odespania mam jedną noc na plusie.


Kosztem przerwy na lunch pokopytkowałam w piątek na Centralny zbadać sytuację w szafie Hean. Niestety nie ma tam jeszcze żadnych z zapowiadanych ostatnio nowości. Na pocieszenie siła wyższa podstawiła mi pod nos pudełko ze świeżo ustawionymi mini dropsami MIYO. Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami...


Te masła Nivei pachną jeszcze lepiej niż karmelowa wersja. W pudełeczkach dostajemy budyń malinowy i nieokreśloną słodycz, momentami przypominającą syntetyczną waniliową świeczkę. Ciężko jest mi wybrać faworyta. ;)

21 listopada, 2012

Nivea lip butter / Caramel cream

Udało się. W pewnym momencie wakacji osiągnęłam i utrzymałam przez kilka tygodni rekordową liczbę pielęgnacyjnych produktów do ust: jeden Carmex. Stan ten oczywiście długo nie trwał i w końcu przestałam być odporna na promocje i kuszenie z ekranu monitora. Właśnie dlatego kiedy zobaczyłam ten wpis w kosmetycznym kuferku w dzień planowanego wyjścia do Super-Pharm, nawet się nie zastanawiałam - chyba że nad wersją zapachową. Te dostępne są trzy: malina, wanilia-makadamia i karmel, który jako pierwszy trafił w moje ręce.

Spodziewałam się, że obiecywana w nazwie konsystencja to bujda i trafiła mi się po prostu zapachowa wazelina. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy nastawiony na twardą zawartość palec z rozpędu zagłębił się w kremowym - zgodnie z zapowiedziami - maśle. Zapach nie przypomina zwykle spotykanego chemicznego karmelu. Jest słodkawy, miewam przez niego ochotę na watę cukrową. R. twierdzi, że kojarzy mu się z jakąś smakową czekoladą.

Jak nowe dziecko Nivei zachowuje się na ustach? Ja po użyciu nie mogę się powstrzymać od zaciskania ich co chwilę - wiecie, jakbym chciała rozprowadzić pomadkę. Są zajebiście miękkie niesamowicie aksamitne, nawilżone i co najlepsze - jest to długotrwały efekt. Szkoda, że przez sposób podania nie bardzo nadaje się do używania na mieście, jednak nie wyobrażam sobie upchnięcia w sztyft produktu podchodzącego konsystencją pod mus. Jak mus to mus. Sporym plusem jest szerokie opakowanie: mniejsze prawdopodobieństwo, że cokolwiek zostanie pod paznokciami. W starciu z aktualnie posiadanym słoiczkowcem - Tisane, punkt zdobywa Nivea! 
Podsumowując: bez żalu wyłożę na niego zapowiadane przez Super-Pharm 10,99 zł w stałej ofercie. Aktualnie można go kupić zaoszczędzając trzy złote polskie, promocja trwa pewnie do końca obowiązywania aktualnej gazetki. Przymierzam się do pozostałych wersji zapachowych.

Na deser skład produktu. Smacznego!

10 września, 2012

Dermedic Emolient, lotion do ciała

Ze względu na to, że emolienty są stałym elementem wyposażenia każdego miejsca, w którym aktualnie przebywam, zużywam je szybciej niż kremy do rąk. Nie trzymam się kurczowo jednej marki: dopiero raczkuję w tym temacie, ciągle więc testuję, kupuję nowości i nie ukrywam - spore znaczenie ma dla mnie cena. 
Składniki aktywne:  Pochodna z jęczmienia
i oleju arganowego, Masło shea, D-panthenol,
Olej z oliwek, Allantoina, Gliceryna
 
Dawniej w ogóle nie wyobrażałam sobie jak można płacić za głupi balsam do ciała więcej niż 15 zł (do kolorowych słoików TBS tylko wzdycham). Aktualnie wydaję mniej więcej dwa razy tyle, więc gdy w Super Pharmie zobaczyłam lotion Dermedica (przepraszam, czy pan się odmienia?) za 18zł, wzięłam go bez wahania. Kolejne opakowanie zdążyłam jeszcze dostać w promocji, trzecie - którego teraz używam - kosztowało już 26,99. Cena niby standardowa, ale nijak ma się do wydajności produktu. Specjalnie zanotowałam w pamięci, kiedy pierwszy raz otworzyłam nową butelkę lotionu. Dziś mija ósmy dzień od kiedy go używam, a zniknęła już połowa - zawartość sięga mniej więcej tego niebieskiego paska. Jedno opakowanie wystarczy na dwa- trzy tygodnie smarowania się. Ale! Nie mówię o używaniu go na całe ciało! W moim przypadku najbardziej problematyczne są ręce i to tylko je traktuję aptecznymi nawilżaczami, nogi zazwyczaj obrywają Neutrogeną.

Dlaczego więc nie wymieniłam Dermedica na coś bardziej opłacalnego?
Konsystencja. W tej kategorii jest - zwłaszcza latem - bezkonkurencyjny. Na pierwszym miejscu ma wodę, dzięki czemu jest bardzo rzadki, łatwo i szybko się rozprowadza i genialnie chłodzi, kiedy czuję że zbliża się atak świądu. Nie lepi się, (i bywa, że kojarzy się ze spermą... mina koleżanki która widzi zawartość bez opakowania sugerującego pochodzenie produktu - bezcenna), grzecznie trzyma skórę w ryzach.  Producent obiecuje długotrwałe i intensywne nawilżenie. Po części jest to pewnie zasługa lepszego stanu mojej skóry, ale rzeczywiście wystarczy jedno-dwa użycia dziennie. Zdradziłam go na chwilę z balsamem z rodziny Hydrain2. Nie minęło 48 godzin, a ze spuszczoną głową wracałam do apteki po lepszy model. Nasz romans pewnie potrwa dłużej, mimo że w kolejce mam dwie butelki Physiogelu upolowanego po zawrotnej cenie wyprzedażowej 26zł/sztuka. Ten agent to się dopiero ceni...

Na koniec skład - kulawo przepisany z opakowania.
Aqua, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cetyl Alcohol, Panthenol, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Spent Grain Wax (and) Butyrospermum Parkii (She Butter) Extract (and) Argania Spinosa Kernel Oil, Polyacrylamide (and) C 13-14 Isoparaffin (and) Laureth, Allantonin, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, DMDM Hydantoin (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, PEG-8 (and) Tocopherol (and) Ascorbyl Palmitate (and) Ascorbic Acid (and) Citric Acid.
Ewentualne literówki wynikają z nieznajomości tematu :>  Nie wiem dlaczego, ale Dermedic chwali się tylko serią Emolient Linum, o tej ciężko znaleźć jakąś wzmiankę poza informacją o składnikach aktywnych i opisem działania w aptekach internetowych (składu nijak nie można skopiować :D).  Dziwne, bo ten produkt jest jak najbardziej udany.

24 sierpnia, 2012

Lemax colour, french manicure.

Lubię małe miasteczka. W lumpeksach ceny są niższe niż w większych miastach (60-90zł/kg na Marszałkowskiej, ludzie...), istnieją małe drogerie w których nie ma problemu z polskimi produktami, pawilony w których jako dziecko uwielbiałam wyszukiwać kiczowate gadżety - a wszystko można obejść na piechotę. Mój R. mieszka właśnie w pobliżu takiej małej miejscowości - nie dziwne więc, że spacerując tam zaglądałam do wszystkich mijanych sklepów. Niestety zawsze trafiałam na dni świąteczne, mogłam się więc najwyżej poślinić do rzędu lakierów niedostępnych w Naturach i Rossmannach.

Jakby tak wyjąć środkowy lakier,
to wyglądałoby to jak ying yang!

Z odsieczą przyszła jeszcze-nie-teściowa-ale-nazywam-ją-tak-dla-ułatwienia-sprawy. Postawiła przede mną kilka kompletów lakierów - 'bierz które ci się podobają'. Przekładając kolejne zawiesiłam oko na zestawie z prawej strony, głównie przez zawartość pierwszej buteleczki - delikatne różowe chybaflejki zatopione w bezbarwnej bazie - łał!. Obok miałam też wersję brzoskwiniową, jednak wyjątkowo urzekł mnie róż. 

W tym miejscu warto wspomnieć, że przez siedemnaście lat swojego życia uważałam, że kształt moich paznokci wybitnie nie nadaje się do noszenia na nich frencha. Wtedy trafiłam do kosmetyczki która doprowadziła mi dłonie i stopy do takiego stanu, że najchętniej machałabym nimi przed każdym moim rozmówcą. Zmieniłam więc zdanie i uważałam tylko, że sama sobie frencha nie stworzę nigdy - wszelkie próby (bez użycia pomocniczych pasów) kończyły się tylko ufaflunieniem najbliższego otoczenia, efektem czego nigdy nie zainwestowałam w dodatkowe rekwizyty. Wiadomo jednak - darowanemu koniowi i tak dalej, po powrocie do domu (i standardowo przy okazji nauki) wzięłam się za wypróbowanie trio. Pierwsza, różowa warstwa wydawała mi się zupełnie niewidoczna, jednak w stosunku do tych jeszcze nietkniętych pędzlem, pomalowane paznokcie wyglądały zdrowiej. 
Zdjęcie ostrością nie grzeszy, jednak na nim najlepiej
widać, jak wygląda lakier nawierzchniowy.
Z pomocą przy malowaniu końcówek przychodzą nam dołączone do zestawu paski - około 20 sztuk. Dla pewności czekałam około 7-10 minut zanim odkleiłam każdy z nich, przy wcześniejszym zerwaniu krawędź białego lakieru robiła się poszarpana i wymagała wyrównywania. Na koniec położyłam oczywiście błyszczący top. Wysechł bardzo szybko, dając bardzo delikatny efekt; drobiny widoczne są tylko z bliska i w świetle. Jedna poważna wada: ten lakier, jako jedyny z kompletu, śmierdzi jak rozpuszczalnik. Podatnym na migreny radzę wykańczać manicure na świeżym powietrzu - smród jest dość upierdliwy i mnie doprowadził do bólu głowy.

Każdą z warstw położyłam tylko raz. Mimo to, paznokcie trwały w nienaruszonym stanie 3 dni. Po tym czasie pokryłam ich końcówki świeżakiem w kolekcji: haendemowskim Jo is in the house. Mężczyzn widział, że na jego widok oczy świeciły mi się jak zawartość buteleczki i mimo że sam uznał go za paszteciarski, postanowił się poświęcić i oglądać go na moich paznokciach raz na jakiś czas. Po kolejnych trzech dobach postanowiłam całość zmyć. Dalej prezentowały się nieźle, jednak ja widziałam że są już trochę nieświeże i zwyczajnie mi się znudziły.




Przychodzi mi do głowy napis z widzianej w Biedronie teczki z Tinkerbell: I like to sparkle. Bling bling!

Ogłoszenie parafialne: Lakiery Lemax można dostać na Allegro, straganach i w sklepach typu 'wszystko po...'.

24 lipca, 2012

Wibo Rose Collection

Informacje o różanej edycji limitowanej u Wibo nie robiły na mnie większego wrażenia. Kolory cieni i eyelinery 'nie moje', róże do policzków miałam aż dwa, błyszczyków nie lubię, a szminki to nie moja bajka. Oczywiście kiedy nastąpiła wielka wyprzedaż i kolekcję można było wykupić za 1,29zł od sztuki, spojrzałam na nią przychylniejszym okiem i pozwoliłam się rozwinąć mojej różomanii.

Producent opatrzył każde z opakowań nazwą i numerem. Do wyboru mamy (mieliśmy? niedawno jeszcze widziałam półki pełne różowości) trzy wersje - kolejno:
01 Nude Rose, 02 Pink Powder, 03 Silky Rose


Zacznijmy od opakowania. A opakowanie mnie wkurza. Chwilowo mieszkam na bardzo małej przestrzeni, więc każdy zaoszczędzony centymetr kwadratowy się liczy. Osobę odpowiedzialną za dizajn poniosła chyba fantazja. 4.5g produktu umieszczono w białym, plastikowym pudełeczku o wysokości 1.5 cm - zmierzyłam! W dodatku wytłoczone na powierzchni płatki róż uniemożliwiają ustawienie jednego na drugim bez obaw, że coś się ześlizgnie. Znacznie bardziej w kwestii wyglądu zewnętrznego odpowiadają mi barwidła do policzków od essence - 5g upakowano w ubranko niższe o połowę - da się? Da.


W podstawówce miałam przyjaciółkę, która dużo podróżowała i przywoziła równie dużo gadżetów/pamiątek. Zazdrościłam jej malutkiej srebrnej gwiazdki z napisem 'hope', którą dziś nazwałabym charmsem. Zazdrościłam kilkunastu maskotek-breloczków z Nici (więc na dwunaste urodziny dostałam od niej i dwóch zaproszonych koleżanek po jednym :') ). Zazdrościłam... małego, czerwonego, drewnianego różańca. Nie żeby jakoś szczególnie pociągały mnie dewocjonalia (chociaż wtedy jeszcze nawet chodziłam na religię), ale jak on obłędnie pachniał - różami właśnie. Wyjmowałyśmy go z opakowania tylko raz dziennie, żeby zapach się nie ulotnił. W przypadku różanej kolekcji, najchętniej przechowywałabym całość jak pokazuje powyższe zdjęcie, i to na balkonie. Zapach jest za mocny, po chwili drażniący. W dodatku przeszedł na resztę kosmetyków przechowywanych w blaszanej puszce - na szczęście w tym wypadku jest delikatniejszy, bardziej różańcowy. Rozumiem że cała ta oprawa ma nawiązywać do motywu przewodniego, ale nie dało się jakoś inaczej...?

w świetle dziennym...

Okej, okej, koniec dygresji, przechodzę do zawartości. I tutaj nie wiem: narzekać, czy chwalić? Żaden z róży pigmentacją nie grzeszy, jednak nie uznaję tego za minus. Wolę poświęcić trochę czasu na uzyskanie odpowiedniego efektu, niż zrobić sobie krzywdę i przesadzić z kolorem, nie jestem mistrzem pędzla. Właśnie, pędzel. Używam Essence ze skośnym, różowym włosiem i muszę nim mocno poszorować o powierzchnię, żeby nabrać na niego cokolwiek. O dziwo, jeszcze nie straciłam cierpliwości... 


Trwałość - nie jest źle. Nie trafiłam jeszcze na kosmetyk, który wytrzymałby na mojej twarzy cały dzień. Ten również nie trwa na skórze jak strażnicy pod Buckingham Palace, ale nie znika też niepostrzeżenie jak Nemo. Kilka godzin spokojnie daje radę, wyglądając przy tym naturalnie i świeżo. 

... i wystawione na słońce
Początkowo najbardziej przypadł mi do gustu 01 Nude Rose, ciągnie mnie ostatnio w stronę okołobrzoskwiniowych tonów na policzkach. Po testach okazało się, że 03 Silky Rose w niczym poprzednikowi nie ustępuje i z mocniejszym różem nie muszę wyglądać jak matrioszka (ale nie jest to pigmentacja jak w cieniach MIYO na przykład). Oba delikatnie mienią się w słońcu. Pink Powder za to ma w sobie wyraźne drobinki, jest chłodnym różem i podoba mi się najmniej ze wszystkich. Albo spróbuję oswoić go jako rozświetlacz, albo znowu pobawię się w dobrą siostrę i przekażę go młodszej pannie P., żeby nie zaczynała przygody z fuksją na przykład ;)

Podsumowując: gdybym miała zapłacić plus minus 6zł na jedną sztukę, nie uznałabym tego za dobrze wydane pieniądze. Jak na produkt w cenie biletu ulgowego - no cóż, źle nie jest. Będę je traktować jako urozmaicenie w kosmetyczce.

28 czerwca, 2012

Przegląd kosmetyczki - tusze do rzęs cz. I

Na palcach jednej ręki mogę policzyć tusze, jakich w swoim życiu używałam. Tych, które nie poszły w świat a dokonały żywota używane przeze mnie jest jeszcze mniej.
W podstawówce namiętnie kolekcjonowałam Twisty, Bravo i inne odmóżdżające gazety. Do jednej z nich dodane było fioletowe mazidło do rzęs którym kilka razy skrzywdziłam się na szkolne dyskoteki. Na szczęście szybko o nim zapomniałam i porzuciłam w niewiadomych okolicznościach. Nawet nie wliczam do rankingu.
Następne dwa kupiłam pod wpływem mojej przyjaciółki (której wyczyny makijażowe zawsze podziwiałam - sama nie umiałam nawet narysować kreski na oku czy położyć na powieki więcej niż jeden odcień cienia; jej kolekcja kosmetyków też robiła wrażenie - dziś pewnie jesteśmy na równi). Pierwszy poważny: Colossal, na którego namówiła mnie w gimnazjum. Opakowanie nadal turla mi się między rzadko używanymi kosmetykami i chociaż nie widać na nim już żadnej literki, rozszyfrowałam że to wersja z czarnymi napisami: Volum` Express 100% Black. Kilka minut przypominałam sobie słowo które by idealnie go określiło, powtarzając w myślach: 'py, py, py... porządny? nie, to nie to...'.
Przyzwoity. Twór Maybelline jest przyzwoity. Ładnie podkreślał rzęsy i pomalowana nim (bez towarzystwa reszty tapety) nie wyglądałam jak mała-dorosła. Mimo włosów w kolorze blond (ostatnio ściemniały, choć blond jest nadal - tylko ciemny i typowo słowiański) mam ciemną oprawę oczu. Ani razu nie robiłam henny brwi, przyciemnianie ich jest mi obce, a rzęsy bez wspomagania nie są niewidoczne. Nie byłam więc przyzwyczajona do codziennego tuszowania ich, a żółta tubka potrafiła przeleżakować zapomniana kilka miesięcy. Mimo to tusz nie skamieniał, nie uczulił (nawet nie wpadłabym wtedy na to, że jest otwarty już baaardzo długo i może się nie nadawać do użytku). Możliwe że kiedyś do niego wrócę, żeby sprawdzić jak będzie mi służył po kilku kosmetycznych doświadczeniach więcej.
Kolejna była Lash Mania Mascara. Wpadła do koszyka, kiedy przy okazji odwiedzania P. w Niemczech robiłam zapasy kosmetyków których nie mogłam dostać na co dzień. Ten wyczyn marki Essence mnie nie porwał, smarowałam się nim wyłącznie dla komfortu psychicznego kiedy zaczynałam eksperymenty z delikatnymi cieniami do oczu i nie chciałam mieć przy tym nietkniętych niczym rzęs. Ponoć miał pogrubiać, ha. U mnie sprawiał jedynie wrażenie że wydłuża, tylko dlatego że końcówki rzęs mam jaśniejsze i na co dzień ich nie widać. Ostatecznie zasechł i wylądował w koszu, więcej się nie spotkamy.
W ramach gratisu przewinął się u mnie też 1-2-3 Looks od Rimmela. Obietnica pogrubienia skończyła się jak wyżej, pozornym wydłużeniem. Przekazałam dalej, nie potrzebowałam dwóch tuszy jednocześnie mając problemy z wykończeniem jednej buteleczki (??? jak się właściwie nazywa to, w czym tusze są zamknięte? albo mam zaćmienie umysłu, albo nigdy nie miałam potrzeby używania tego słowa).

Na szczęście po serii nijakich produktów nie powodujących większego zachwytu nadeszła ona. Cover Girl Lash Blast Volume Mascara w kolorze very black, przywieziona mi w prezencie z USA. Początkowo oszczędzałam ją jak mogłam, używając tylko na imprezy, kiedy chciałam żeby z mocniejszym makijażem oczu szły w parze mocniej podkreślone rzęsy ;) Jest to pierwszy tusz, który faktycznie 'coś tam' pogrubia. Nie osypuje się w ciągu dnia, ma super wygodną szczoteczkę. Po obejrzeniu zdjęć mam wrażenie, że trochę też podkręca. I najważniejsze: sposób pakowania, dzięki któremu możemy dokładnie obejrzeć szczoteczkę bez konieczności otwierania tuszu.


Powoli zaczynam polowanie na następne opakowanie, jednak póki co Allegro świeci pustkami. Całe szczęście że mam też tusz-zamiennik o którym opowiem innym razem ;)

gołe rzęsy

Cover Girl Lash Blast Volume



Zaczerwieniona powieka widoczna na środkowym zdjęciu to efekt pół na pół AZSu i moich zmagań z podkręceniem kolorów tak, aby rzęsy były bardziej widoczne. Niestety tylko opcja saute była trzaśnięta przy świetle dziennym, nie mam aparatu na co dzień i działam na tym co podkradnę. Kajam się i obiecuję poprawę!






25 czerwca, 2012

Mój ulubiony kanał na YouTube

Będzie szybko i konkretnie. Równie szybkie i konkretne są filmy Gossa, brytyjskiego wizażysty, od których nie mogę się odkleić już kilka dni. Próbka:








Cytując jeden z komentarzy: Just what a "tip" should be; quick and bloody useful! 
Dlatego wszelkich urodowych kanałów unikałam do tej pory jak ognia: niektóre dziewczyny po prostu mówią za dużo.

19 kwietnia, 2012

O rany, nie mam już łokci jak dziad*!

Przysięgam.
Moje zawsze suche, szorstkie i pomarszczone łokcie, których wstydziłaby się nawet moja osiemdziesięciotrzyletnia prababcia, w kilka dni zrobiły się megagładkie. Jak się raz przelotem macnęłam (pewnie chciałam się drapać, tak tak), tak do teraz nie mogę wyjść z podziwu. Sprawcą tego cudu jest krem do intensywnej pielęgnacji ciała z Urea (5%). 
źródło: rossnet.pl
Isana znowu pokazała, że tanie jest dobre. Krem kosztuje 5.99 i wpadł mi do koszyka po tym jak przeczytałam gdzieś o pozytywnym działaniu mocznika na atopową skórę. Zazwyczaj używam dwóch-trzech mazideł na raz: emolientu (Oillan lub Physiogel), tego-tutaj i - jeśli sytuacja wymaga - maści Cutivate. Całkiem  udane trio, przynajmniej mi się nie nudzi :D Warto wspomnieć, że chwilowo skórę rąk (bo to one ciągle są na pierwszym planie, przyznaję: nogi traktuję trochę po macoszemu) mam zaleczoną; miejscowa opuchlizna zeszła, mam tylko lekkie przebarwienia i pojedyncze strupki.
Podczas zaostrzenia też próbowałam ratować się Isaną i to już trochę gorszy pomysł. Nawilżała tak samo dobrze, jednak (chyba przez zawartość mocznika) pozostawiała na skórze wartwę czegoś. To coś prowokowało do drapania, ponownego smarowania, znowu drapania - i tak w kółko. Zdecydowanie lepiej wtedy trzymać się kosmetyków specjalnie dla atopowej skóry.
Sprawy techniczne: plastikowy słoik, biały z czerwoną nakrętką, łatwo wyjąć, łatwo zużyć ;) Początkowo myślałam że skończy mi się w tydzień, ale kto normalny smaruje się z uporem maniaka pieryliard razy dziennie?! Teraz ograniczam się do dwóch-trzech i mam tego jeszcze prawie pół opakowania. A jeśli się skończy (a nawet zanim się skończy), szarpnę się na kolejne. Drogie to nie jest, a cuda czyni. Gdybym była w reklamie, pewnie macałabym się po odnóżach górnych i zapewniała widownię, że moja skóra jest aksamitnie gładka, niczym... niczym... no nie wiem. Ale jest, szanowna widownio. Z łokciami włącznie. Słowo harcerza.

*łokcie jak dziad: określenie nadane megasuchym łokciom przez moje koleżanki z liceum dla ich własnych odwodnionych podopiecznych

15 kwietnia, 2012

IVR - perfumowane mgiełki do ciała

Nie potrafię wyjść z Super-Pharm z pustymi rękoma. Apteka sama w sobie do najtańszych nie należy, jednak ich programy lojalnościowe wymiatają. Ostatnio weszłam tam po jakieś drobiazgi, próbując uciszyć błąkającą się po głowie myśl 'masz kupon na zieloną herbatę Elizabeth Arden, 49 z 219, kup, kup, kup...'. Nie kupiłam. Wzrok mój za to zatrzymał się na półce kolorowych, smukłych buteleczek. IVR perfumowane mgiełki do ciała. Wwąchałam się w każdy tester: zainteresowały mnie mandarynkowe i brzoskwiniowe, jednak padło na zapach, który na mojej wishliście wisi od ładnych paru lat. Zielona herbata (tutaj: plus werbena) - świeża, trochę gorzka, przymierzałam się do niej co rok późną wiosną, chcąc latem pachnieć czymś orzeźwiającym (moim życiowym partnerem od ponad czterech lat jest Kenzo Amour; jak go sobie teraz wącham to zastanawiam się czy jako piętnastolatka nie wychodziłam na podkradacza maminych zapachów). Po wstępnych oględzinach zapachu na papierku, spryskałam sobie jeszcze nadgarstek, sprawdziłam cenę: z kartą lifestyle 14.99, bez niej dychę drożej i jak mały czołg z zaciętą miną runęłam do kasy (zwijając po drodze dwa Corny Big, 3.49 za duet; niech ma czołgość kwitnie). W autobusie przypomniałam sobie o użytym testerze, ręka powędrowała do nosa i... nastąpiła chwila konsternacji. Ani śladu zielonkawej goryczy, nawet najdrobniejszej herbacianej nutki! Całość była mydlana, tak mydlańczo mydlana jak najbardziej duszące zapachy mydeł w kostce po użyciu których aż korci, żeby umyć ręce czymkolwiek i jak najszybciej pozbyć się aromatu. Wyglądałam pewnie jak idiotka przykładając co chwilę nadgarstek do nosa, ale nie mogłam uwierzyć, że ten obiecujący zielonkawy płyn (absynt też lubię) nagle zmienił się w coś tak okropnego.
Z mgiełką się raczej już nie polubię, leży nietknięta gdzieś w szafie i czeka aż znajdę kogoś, komu się ten konkretny aromat spodoba. Wiem że inne egzemplarze cieszą się sporym zainteresowaniem. Ciężko było znaleźć w internecie jakieś informacje lub zdjęcia. Na blogach są chwalone, wymieniane w ulubieńcach podczas ciepłego lata. Może kiedyś odważę się na przetestowanie którejś z owocowej wersji, na razie jednak zdecydowanie podziękuję.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka