Są przedmioty które znajdują się w zasięgu wzroku tak długo, że w końcu stają się naturalnym fragmentem środowiska i całkowicie przestają rzucać się w oczy.
Na przykład mój wałek do masażu. Drewniany, z niebieskimi wypustkami, od prawie sześciu lat wędrował od szuflady do szuflady (zależnie od tego gdzie aktualnie chcę przechowywać rzeczy z grupy 'może kiedyś się przyda') i nikomu nie rzucał się w oczy. Do dziś.
Nie wiem co mną kierowało, ale rano sięgnęłam po to narzędzie tortur jakby była to zupełnie naturalna czynność każdego ranka. Na sięgnięciu się nie skończyło: skatowałam uda wypustkami powoli i dokładnie. Wtarłam w nie resztki balsamu ujędrniającego. W Super Pharm kupiłam kolejny, bo jego poprzednik już ledwo pluł. Po powrocie do domu znalazłam trzeci, zepchnięty wgłąb szafki. Zakręciłam hula hop. Znowu wyrolowałam kończyny d.
Natchnęło mnie wieczorem:
równo za dwa tygodnie kończę dwadzieścia lat.
Może moja podświadomość dała mi kopa na rozpęd i kazała zacząć się ogarniać? Tylko czekać, aż kupię pierwszy krem na zmarszczki.