06 lipca, 2012

Nauka drapania

Wpis nie jest wskazany dla osób wrażliwych.

Pokażcie mi atopika którego silna wola jest tak silna, że nawet nie skrobnie swędzących miejsc. Nie otrze się o nic przy byle okazji, a po kąpieli ręcznikiem delikatnie osuszy skórę zamiast próbować ją zedrzeć. Zrobię wszystko, żeby postawić człowiekowi pomnik.

Za mną przeprowadzka do Warszawy, chociaż na razie czuję się tu jak na kilkudniowych wakacjach. Kasa rozpływa się w tempie zabójczym (emolienty jego mać), a pracy jak nie było tak nie ma. Nie wiem czy to stres, czy twarda woda w kranie, czy jeszcze coś innego, ale znowu trudniej mi utrzymać paznokcie na uwięzi.

'Nie drap się' powtarzane w kółko przez rodzinę i bliższych znajomych prowokuje jeszcze bardziej. Staram się rozumieć, że to wyraz jakotakiej troski, ale do ciężkiej cholery, czy nikomu nie przyjdzie do głowy że wiem jaką sobie robię krzywdę? I że nawet bez tych bonusów czuję się pokrzywdzona?

Flashback: w kwietniu jeszcze nie wiedziałam że to były początki mojej pokrzywki zależnej od zmiany temperatur. AZS za to od dawna szalało jak na własnym podwórku. Wyszłam na egzamin, jak się okazało: bez portfela, musiałam więc zawrócić. Wiał chłodny wiatr, w mieszkaniu dla odmiany było ciepło. Już na klatce schodowej czułam uderzenia gorąca i wiedziałam, że zaraz się zacznie.
Zaczęło się.
Jak tylko trafiłam do pokoju, zupełnie zapomniałam po co tam przyszłam. Skóra parzyła, jakby ktoś polał mnie żrącą substancją. Palce wpiły się w ramiona i w tym momencie straciłam świadomość. Czułam się jakbym miała mózg, oczy i drogi oddechowe oplecione watą cukrową. Wszystko działo się za mgłą i w zwolnionym tempie. Po kilku minutach trochę oprzytomniałam i wyostrzyła mi się wizja, a wtedy przed oczami miałam swoje dłonie.
We krwi.
Poważnie, sama siebie rozdarłam do żywego i nawet tego nie poczułam. Poza zawrotami głowy. Technologie spajania metali same się odłożyły na sesję poprawkową a ja kilka godzin później siedziałam w autobusie do Warszawy; i chociaż nóg w kolanach nie dałam rady nawet zgiąć, to szybko zameldowałam się na szóstym piętrze w szpitalu na Wołoskiej.


Cytując atopedię:
Świąd często działa "napadowo". Na przykład, osoba chora na AZS może chodzić cały dzień po mieście i jej uwaga może być odciągana od świądu przez różne rzeczy, które aktualnie robi. Natomiast po powrocie do domu, w momencie kiedy np. się rozbiera, skumulowany świąd z całego dnia "atakuje" ją w jednym momencie i osoba ta nie może się już powstrzymać - zaczyna się drapać.

I dlatego właśnie nie powinno się powstrzymywać chorych od drapania. W moim najbliższym otoczeniu są osoby które na dwu-trzykrotne skrobnięcie reagują od razu alarmem. Nic ich nie przekona że 'tak trzeba'. A we mnie razem z potrzebą podrapania się rośnie poziom frustracji. I czuję się zwyczajnie, banalnie nieszczęśliwa.
Z tych właśnie powodów reakcja mojego chłopaka była dla mnie tak ważna. Dopóki nie wytłumaczyłam mu, jak to wszystko wygląda z mojej strony, łapał mnie za nadgarstki kiedy przeginałam z drapaniem i czekał aż minie mój napad, a mnie aż skręcało. Kurde: wrzućcie się w pokrzywy a później pozwólcie przykuć się do kaloryfera. Któregoś dnia znowu skutecznie mnie unieruchomił, ale zaraz po tym... zaczął mnie drapać sam. Dużo, dużo delikatniej, bez kaleczenia skóry. Puścił moje ręce i pozwolił podrapać się samej, a kiedy znowu brakowało mi hamulców, powtarzał wszystko od początku. Czasami siedzieliśmy tak kilka, czasami kilkanaście minut, dopóki mojej głowy nie zajmowały jakieś inne czynności.
Tylko to działało.

Mam nadzieję że nikt nie pomyśli, że jestem jakimś zombie w bandażach i ranami otwartymi aż do kości, a klawiaturę obsługuję tycając ją patykiem. Z perspektywy chorego to wygląda pewnie gorzej ;) Chciałabym tylko żeby chociaż jedna osoba która trafi na ten wpis nie pomyślała widząc kogoś drapiącego się przypadkiem nie pomyślała od razu 'fuj, pewnie z łuszczycą i brudas, jeszcze się zarażę'.

Zacznę chyba pisać pamiętnik, żeby móc dokładniej przeanalizować co się dzieje w mojej głowie kiedy AZS przypomina o swojej obecności. Już ta notka miała być wstępną, poukładaną spowiedzią z moich emocji, nie przewidziałam jednak że napiszę ją w trzech podejściach.
Myślałam nawet, żeby zrealizować pewien projekt, chociaż nigdy nie bawiłam się w takie rzeczy. I nie wiem, czy coś podobnego już nie powstało. Zrobię research, się pomyśli.

Pees, dostęp do bloga mam ograniczony: internet u Lubego chodzi jak chce, a jeśli chodzi to ja zazwyczaj nie mam warunków do pisania. Przynajmniej szpitale omijam z daleka!

28 czerwca, 2012

Przegląd kosmetyczki - tusze do rzęs cz. I

Na palcach jednej ręki mogę policzyć tusze, jakich w swoim życiu używałam. Tych, które nie poszły w świat a dokonały żywota używane przeze mnie jest jeszcze mniej.
W podstawówce namiętnie kolekcjonowałam Twisty, Bravo i inne odmóżdżające gazety. Do jednej z nich dodane było fioletowe mazidło do rzęs którym kilka razy skrzywdziłam się na szkolne dyskoteki. Na szczęście szybko o nim zapomniałam i porzuciłam w niewiadomych okolicznościach. Nawet nie wliczam do rankingu.
Następne dwa kupiłam pod wpływem mojej przyjaciółki (której wyczyny makijażowe zawsze podziwiałam - sama nie umiałam nawet narysować kreski na oku czy położyć na powieki więcej niż jeden odcień cienia; jej kolekcja kosmetyków też robiła wrażenie - dziś pewnie jesteśmy na równi). Pierwszy poważny: Colossal, na którego namówiła mnie w gimnazjum. Opakowanie nadal turla mi się między rzadko używanymi kosmetykami i chociaż nie widać na nim już żadnej literki, rozszyfrowałam że to wersja z czarnymi napisami: Volum` Express 100% Black. Kilka minut przypominałam sobie słowo które by idealnie go określiło, powtarzając w myślach: 'py, py, py... porządny? nie, to nie to...'.
Przyzwoity. Twór Maybelline jest przyzwoity. Ładnie podkreślał rzęsy i pomalowana nim (bez towarzystwa reszty tapety) nie wyglądałam jak mała-dorosła. Mimo włosów w kolorze blond (ostatnio ściemniały, choć blond jest nadal - tylko ciemny i typowo słowiański) mam ciemną oprawę oczu. Ani razu nie robiłam henny brwi, przyciemnianie ich jest mi obce, a rzęsy bez wspomagania nie są niewidoczne. Nie byłam więc przyzwyczajona do codziennego tuszowania ich, a żółta tubka potrafiła przeleżakować zapomniana kilka miesięcy. Mimo to tusz nie skamieniał, nie uczulił (nawet nie wpadłabym wtedy na to, że jest otwarty już baaardzo długo i może się nie nadawać do użytku). Możliwe że kiedyś do niego wrócę, żeby sprawdzić jak będzie mi służył po kilku kosmetycznych doświadczeniach więcej.
Kolejna była Lash Mania Mascara. Wpadła do koszyka, kiedy przy okazji odwiedzania P. w Niemczech robiłam zapasy kosmetyków których nie mogłam dostać na co dzień. Ten wyczyn marki Essence mnie nie porwał, smarowałam się nim wyłącznie dla komfortu psychicznego kiedy zaczynałam eksperymenty z delikatnymi cieniami do oczu i nie chciałam mieć przy tym nietkniętych niczym rzęs. Ponoć miał pogrubiać, ha. U mnie sprawiał jedynie wrażenie że wydłuża, tylko dlatego że końcówki rzęs mam jaśniejsze i na co dzień ich nie widać. Ostatecznie zasechł i wylądował w koszu, więcej się nie spotkamy.
W ramach gratisu przewinął się u mnie też 1-2-3 Looks od Rimmela. Obietnica pogrubienia skończyła się jak wyżej, pozornym wydłużeniem. Przekazałam dalej, nie potrzebowałam dwóch tuszy jednocześnie mając problemy z wykończeniem jednej buteleczki (??? jak się właściwie nazywa to, w czym tusze są zamknięte? albo mam zaćmienie umysłu, albo nigdy nie miałam potrzeby używania tego słowa).

Na szczęście po serii nijakich produktów nie powodujących większego zachwytu nadeszła ona. Cover Girl Lash Blast Volume Mascara w kolorze very black, przywieziona mi w prezencie z USA. Początkowo oszczędzałam ją jak mogłam, używając tylko na imprezy, kiedy chciałam żeby z mocniejszym makijażem oczu szły w parze mocniej podkreślone rzęsy ;) Jest to pierwszy tusz, który faktycznie 'coś tam' pogrubia. Nie osypuje się w ciągu dnia, ma super wygodną szczoteczkę. Po obejrzeniu zdjęć mam wrażenie, że trochę też podkręca. I najważniejsze: sposób pakowania, dzięki któremu możemy dokładnie obejrzeć szczoteczkę bez konieczności otwierania tuszu.


Powoli zaczynam polowanie na następne opakowanie, jednak póki co Allegro świeci pustkami. Całe szczęście że mam też tusz-zamiennik o którym opowiem innym razem ;)

gołe rzęsy

Cover Girl Lash Blast Volume



Zaczerwieniona powieka widoczna na środkowym zdjęciu to efekt pół na pół AZSu i moich zmagań z podkręceniem kolorów tak, aby rzęsy były bardziej widoczne. Niestety tylko opcja saute była trzaśnięta przy świetle dziennym, nie mam aparatu na co dzień i działam na tym co podkradnę. Kajam się i obiecuję poprawę!






25 czerwca, 2012

Mój ulubiony kanał na YouTube

Będzie szybko i konkretnie. Równie szybkie i konkretne są filmy Gossa, brytyjskiego wizażysty, od których nie mogę się odkleić już kilka dni. Próbka:








Cytując jeden z komentarzy: Just what a "tip" should be; quick and bloody useful! 
Dlatego wszelkich urodowych kanałów unikałam do tej pory jak ognia: niektóre dziewczyny po prostu mówią za dużo.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka