Nie wiem czy bardziej jest mi przykro, że zepsułam dziewczynie biznes, czy dlatego, że próbując się bronić z rozpędu skasowała posta. Chlip, chlip.
12 kwietnia, 2013
08 kwietnia, 2013
Jak jedziesz, kretynie?!
W planach na dzisiejszy wieczór miałam spłodzenie posta na zupełnie inny temat. Później wpadł mi w ręce ten artykuł - coś w stylu 'dzień z życia kierowcy karetki'. To wystarczyło żeby podnieść mi ciśnienie i spowodować, że nogami przebieram w miejscu.
Na pewno nie tylko ja wiele razy widziałam jak pomiędzy sznurami samochodów próbuje przebić się karetka pogotowia ratunkowego. Przebić się - dobre słowo, mimo że wyżej wymieniona powinna raczej pędzić. Moim marzeniem jest, żeby ludzie jak ci o których mowa w artykule raz na zawsze przestali się rozmnażać.
Ruszam szybko, ulicę Marszałkowską pokonujemy po torach tramwajowych, bo tu na szczęście jest to możliwe. W pewnej chwili muszę gwałtownie hamować, bo... po torowisku zawraca sobie młody kierowca Volvo. Zapewne nie zauważył karetki, bo widzimy w jego dłoni komórkę. Pochłonięty rozmową nie zwraca uwagi na nasze sygnały, wykonuje manewr zawracania w miejscu, gdzie jest to zabronione, a karetka de facto musi go przepuścić.
Pędzę teraz prawym pasem i widzę za sobą w lusterku srebrną Toyotę, która wykorzystując utorowaną przez nas drogę jedzie tuż za naszą karetką. Kierowca - cwaniak "podczepił" się do karetki, bo też mu się zapewne bardzo spieszy. Czy nie zdaje sobie jednak sprawy, że ambulans może zostać zmuszony do gwałtownego hamowania? Że takie postępowanie niesamowicie utrudnia mi jazdę, bo muszę obserwować również poczynania tego bezmyślnego osobnika?
Wjeżdżam w uliczkę jednokierunkową "pod prąd". W tym czasie wielkim vanem wyjeżdża z parkingu jakaś kobieta. Lekarz wychyla się przez okno i krzyczy: "Niech się pani cofnie!".
Elegancka kobieta uchyla szybę i odpowiada:
- Sp... - po czym rusza sobie i jedzie przed nami.
Szanowny ćwierćmózgu.
Istoto, która w rozwoju zatrzymała się gdzieś na poziomie tasiemca.
Kretynie, baranie, bucu cholerny!
Sama nie jestem jakimś szczególnie empatycznym stworzeniem, ale nigdy nie miałam problemu z obsługą związku przyczynowo-skutkowego. Skoro pojazd rozpoznawany bez trudu przez najmłodsze dzieci zasuwa ulicą i informuje nas o tym sygnałem dźwiękowym to wiedz, psiakość, że prawdopodobnie wystąpiła sytuacja zagrożenia czyjegoś życia i jesteś zasranym szczęściarzem, że dziś nie jest to twoje dziecko, partner albo rodzic!
Warto mieć w głowie lansowane przez ŁKS hasło, którego autorem jest niejaki Pan Mateusz: nie znacie dnia ani godziny i samemu wiedzieć, jak radzić sobie w oczekiwaniu na ratownika. Pomóc w tym mogą kursy podstaw pierwszej pomocy. Przeszłam dwa takie w gimnazjum (czyli jak widać - nic ciężkiego) oraz kurs BLS/AED i wierzcie mi - jest to wiedza którą dobrze jest odświeżyć. Sama nie myślałam, że kiedykolwiek wykorzystam nabyte umiejętności w praktyce, aż tu pewnego bożonarodzeniowego wieczoru na naszej drodze pojawiła się przeszkoda w postaci potrąconego człowieka. Zebrało się nad nim mniej więcej dziesięcioosobowe grono widzów. Pochyleni nad głównym bohaterem, zdenerwowani dreptali w miejscu w oczekiwaniu na karetkę, jego siostra zrozpaczona szlochała, a K. wyglądał już jak człowiek umierający. Nikomu takich widoków nie życzę. Mimo że ja i mój ojciec wracaliśmy do domu w stanie wskazującym na porządną imprezę, udało nam się zachować większą przytomność umysłu niż ktokolwiek tam obecny (jedyną próbą pomocy rannemu było włożenie mu do ust zapalonego papierosa). Wystarczyły trzy proste rzeczy, żeby w oczekiwaniu na fachową pomoc nie pozwolić chłopakowi odpłynąć. Pierwsza: wystawić trójkąty ostrzegawcze - całkiem przydatna rzecz na słabo oświetlonej drodze w lesie. Druga: nakrycie leżącego na zmrożonym asfalcie człowieka kocem - tym bardziej, że tuż obok był dom jego rodziny i kocy nie brakowało. Trzecia: rozmawianie z nim. Gość żyje i ma się dobrze; ja za to samą siebie przeklinałam w myślach, że dawno się tematem nie interesowałam i gdyby przypadek był poważniejszy, niekoniecznie od razu wiedziałabym jak zareagować.
Karetce dojazd w to miejsce zajął tyle czasu, ile standardowo potrzebujemy moja rodzina, żeby dotrzeć tam samochodem - a mieszkamy tuż za stacją pogotowia. Dodatkowy komentarz jest chyba zbędny.
Zróbcie coś dobrego dla siebie i zainwestujcie 40-50 zł na takie szkolenie. Nigdy nie wiecie. Ze swojej strony mogę polecić ekipę OSP Białystok i ich projekt 'naucz się ratować', reszta należy do Was.
07 kwietnia, 2013
Demyt
Zalegam ze wszystkim.
Z komentarzami na Allegro, urodzinowymi życzeniami dla ojca i znajomych, wpisy na blogu gniją w wersjach roboczych a ja jem, śpię i jeżdżę do pracy. Nerki mam zdrowe, jakby kto pytał. Dużo piję, głównie wodę. Czasami też dziki skowyt dziewczyny barmana, w szotach.
Zalegałam też z rozreklamowaniem rozdania. Jak malowane. A ten wisior - cud, miód i poezja. Wszystko to u Lali.
P.S. W pierwszej chwili 'cud' napisałam z raniącym oczy ó w środku. Naprawdę jestem zmęczona, od wczorajszego poranka nie widziałam na oczy własnego mieszkania.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)

