08 kwietnia, 2013

Jak jedziesz, kretynie?!

W planach na dzisiejszy wieczór miałam spłodzenie posta na zupełnie inny temat. Później wpadł mi w ręce ten artykuł - coś w stylu 'dzień z życia kierowcy karetki'. To wystarczyło żeby podnieść mi ciśnienie i spowodować, że nogami przebieram w miejscu.

Na pewno nie tylko ja wiele razy widziałam jak pomiędzy sznurami samochodów próbuje przebić się karetka pogotowia ratunkowego. Przebić się - dobre słowo, mimo że wyżej wymieniona powinna raczej pędzić. Moim marzeniem jest, żeby ludzie jak ci o których mowa w artykule raz na zawsze przestali się rozmnażać.
Ruszam szybko, ulicę Marszałkowską pokonujemy po torach tramwajowych, bo tu na szczęście jest to możliwe. W pewnej chwili muszę gwałtownie hamować, bo... po torowisku zawraca sobie młody kierowca Volvo. Zapewne nie zauważył karetki, bo widzimy w jego dłoni komórkę. Pochłonięty rozmową nie zwraca uwagi na nasze sygnały, wykonuje manewr zawracania w miejscu, gdzie jest to zabronione, a karetka de facto musi go przepuścić. 
Pędzę teraz prawym pasem i widzę za sobą w lusterku srebrną Toyotę, która wykorzystując utorowaną przez nas drogę jedzie tuż za naszą karetką. Kierowca - cwaniak "podczepił" się do karetki, bo też mu się zapewne bardzo spieszy. Czy nie zdaje sobie jednak sprawy, że ambulans może zostać zmuszony do gwałtownego hamowania? Że takie postępowanie niesamowicie utrudnia mi jazdę, bo muszę obserwować również poczynania tego bezmyślnego osobnika? 
Wjeżdżam w uliczkę jednokierunkową "pod prąd". W tym czasie wielkim vanem wyjeżdża z parkingu jakaś kobieta. Lekarz wychyla się przez okno i krzyczy: "Niech się pani cofnie!".
Elegancka kobieta uchyla szybę i odpowiada:
- Sp... - po czym rusza sobie i jedzie przed nami.
Szanowny ćwierćmózgu.
Istoto, która w rozwoju zatrzymała się gdzieś na poziomie tasiemca.
Kretynie, baranie, bucu cholerny!
Sama nie jestem jakimś szczególnie empatycznym stworzeniem, ale nigdy nie miałam problemu z obsługą związku przyczynowo-skutkowego. Skoro pojazd rozpoznawany bez trudu przez najmłodsze dzieci zasuwa ulicą i informuje nas o tym sygnałem dźwiękowym to wiedz, psiakość, że prawdopodobnie wystąpiła sytuacja zagrożenia czyjegoś życia i jesteś zasranym szczęściarzem, że dziś nie jest to twoje dziecko, partner albo rodzic!

Warto mieć w głowie lansowane przez ŁKS hasło, którego autorem jest niejaki Pan Mateusz: nie znacie dnia ani godziny i samemu wiedzieć, jak radzić sobie w oczekiwaniu na ratownika. Pomóc w tym mogą kursy podstaw pierwszej pomocy. Przeszłam dwa takie w gimnazjum (czyli jak widać - nic ciężkiego) oraz kurs BLS/AED i wierzcie mi - jest to wiedza którą dobrze jest odświeżyć. Sama nie myślałam, że kiedykolwiek wykorzystam nabyte umiejętności w praktyce, aż tu pewnego bożonarodzeniowego wieczoru na naszej drodze pojawiła się przeszkoda w postaci potrąconego człowieka. Zebrało się nad nim mniej więcej dziesięcioosobowe grono widzów. Pochyleni nad głównym bohaterem, zdenerwowani dreptali w miejscu w oczekiwaniu na karetkę, jego siostra zrozpaczona szlochała, a K. wyglądał już jak człowiek umierający. Nikomu takich widoków nie życzę. Mimo że ja i mój ojciec wracaliśmy do domu w stanie wskazującym na porządną imprezę, udało nam się zachować większą przytomność umysłu niż ktokolwiek tam obecny (jedyną próbą pomocy rannemu było włożenie mu do ust zapalonego papierosa). Wystarczyły trzy proste rzeczy, żeby w oczekiwaniu na fachową pomoc nie pozwolić chłopakowi odpłynąć. Pierwsza: wystawić trójkąty ostrzegawcze - całkiem przydatna rzecz na słabo oświetlonej drodze w lesie. Druga: nakrycie leżącego na zmrożonym asfalcie człowieka kocem - tym bardziej, że tuż obok był dom jego rodziny i kocy nie brakowało. Trzecia: rozmawianie z nim. Gość żyje i ma się dobrze; ja za to samą siebie przeklinałam w myślach, że dawno się tematem nie interesowałam i gdyby przypadek był poważniejszy, niekoniecznie od razu wiedziałabym jak zareagować.

Karetce dojazd w to miejsce zajął tyle czasu, ile standardowo potrzebujemy moja rodzina, żeby dotrzeć tam samochodem - a mieszkamy tuż za stacją pogotowia. Dodatkowy komentarz jest chyba zbędny.

Zróbcie coś dobrego dla siebie i zainwestujcie 40-50 zł na takie szkolenie. Nigdy nie wiecie. Ze swojej strony mogę polecić ekipę OSP Białystok i ich projekt 'naucz się ratować', reszta należy do Was.

Jeż, który ma za sobą już trzy podróże karetką.

20 komentarzy :

  1. babę od vana powinna kiedyś spotkać taka sama sytuacja. będzie w karetce, a ktoś inny będzie blokować drogę...

    ja też byłam świadkiem wypadku, niestety śmiertelnego. nigdy, przenigdy nie zapomnę widoku tej młodej nastolatki potrąconej przez rozpędzony autobus... niestety dla Niej nic nie dało się zrobić :((((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholera, mam dreszcze na samą myśl. W ogóle ta sytuacja opisana powyżej zapoczątkowała comiesięczny cykl wypadków samochodowych. Miesiąc później sama cudem uniknęłam sprzątnięcia mnie z chodnika przez jednego idiotę (@#$%^&*$$!!!), a po kolejnych +/- trzydziestu dniach byłam bezpośrednim świadkiem wypadku. Bałam się wtedy wychodzić z domu, bo mimo że w żadne cuda wianki nie wierzę to pewien niepokój pozostawał.

      Usuń
  2. Też czytałam ten artykuł dzisiaj. Naprawdę, połowie posiadaczy prawa do prowadzenia samochodu odebrałabym je z miejsca. Wjedziesz w drogę karetce albo nie zjedziesz na pobocze kiedy słyszysz jej sygnał? Oddawaj. Nie znasz podstaw praktycznych pierwszej pomocy? Oddawaj.

    Wszyscy psioczą na bardziej restrykcyjne egzaminy, bo ciężej zdać, bo trzeba się uczyć. Nikt normalny nie daje skalpela osobie bez znajomości medycyny, nikt normalny nie powinien dawać prawa jazdy osobom niedouczonym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tak, pisząc tego posta też miałam wizję panów policjantów zgarniających od razu do siebie takiego agenta co na widok karetki w tylnym lusterku daje po heblach.

      Nie obraziłabym się, gdyby te bardziej restrykcyjne egzaminy wprowadzili po tym jak sama prawko zdam :P ale faktycznie do tej pory wystarczyło tak naprawdę umieć ten samochód umiejętnie poprowadzić. To akurat umie większość 16- i 17-tolatków.

      Usuń
  3. Bardzo bym chciała skomentować to w cywilizowany sposób ale boję się, że momo wszystko skończy się na bardzo brzydkich wyrazach.. Oprócz tego że zawsze bardzo skacze mi ciśnienie jak czytam takie artykuły- jest mi również bardzo smutno..

    What goes around comes around..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kotku, tutaj brzydkie wyrazy nie są banowane ;)

      Miejmy nadzieję że faktycznie jest tak, jak śpiewa Timberlejk.

      Usuń
  4. Po pierwsze, to jak ludzie jeżdżą, to jest jakieś dno i 10m mułu. Nie jestem mistrzem kierownicy, również popełniam błędy, ale jeżdżę już od 4 lat - ostatnio częściej, bo mam chwilowy dostęp do samochodu. Naprawdę, siąść i zapłakać, to za mało. Tak często spotyka się ZERO myślenia, że czasem trudno stwierdzić, że ktoś myśli. Od zajeżdżania drogi, bo po co spojrzeć w lusterko, do totalnego chamstwa 'nie wpuszczę' i 'nie dam się wyprzedzić'. A już o ludziach totalnie pozbawionych predyspozycji do prowadzenia samochodu - bo niestety takie też istnieją w moim przekonaniu - szkoda gadać. Bo jak ktoś ma 10 lat prawo jazdy, jeździ i nadal ma problem z wyjeżdżaniem, parkowaniem czy sprawnym poruszaniem się po drodze, to jak to inaczej nazwać?

    A do artykułu - nawiązując do tego co wyżej - niestety to wszystko wyłazi. Dodatkowo ludzie nie mają zielonego pojęcia o tym jak jest w Polsce ze służbą zdrowia. Daleka jestem od bronienia chamów-łapówkarzy, ale praca na karetce czy izbie przyjęć, to nie jest spacerek. Dodatkowo każdy Polak ma praktycznie zrobiony 'doktorat' z medycyny w swoim mniemaniu, ale kiedy coś się komuś stanie wszyscy stoją i patrzą - bo pomyślenie, żeby sprawdzić puls czy oddech, nie pozwolić się za bardzo ruszać osobie przytomnej po wypadku, czy nawet udrożnić drogi oddechowe komuś kto zemdlał (fizyka kwantowa zaiste...) jest czymś, co zdarza się niezmiernie rzadko. Że o takich rzeczach jak zwrócenie uwagi czy np. z samochodu nie cieknie benzyna przy jakimś źródle ognia albo głupim ustawieniu trójkąta ostrzegawczego nie wspomnę. Bo i po co? Lepiej postać, popatrzeć, pośmiać się. Bo w tym jesteśmy dobrzy i do tego nie musimy sobie rąk brudzić i (niedajbosz) pomyśleć.

    A na koniec dodam tylko, że w zeszłym roku miałam zajęcia z pierwszej pomocy z lekarzem medycyny ratunkowej. Powiem tylko, że po pierwsze każdemu życzę takich nauczycieli w tejże kwestii, a po drugie sama chciałabym, żeby ktoś właśnie taki mi pomagał, jeśli kiedyś znajdę się pod bramką.

    Przepraszam, że tak luźno dookoła i długo, ale cholera każda z tych dookoła mnie po trochu uwiera...

    Buziak!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dodatkowo każdy Polak ma praktycznie zrobiony 'doktorat' z medycyny w swoim mniemaniu, ale kiedy coś się komuś stanie wszyscy stoją i patrzą."
      GENIALNIE TO UJĘŁAŚ. Te wszystkie mądrale, stojące w rządku (przypomniała mi się matka z dzieckiem z artykułu). Gdybym dopadła, bez skrupułów poobijałabym ryła. Arghhhh.

      Nie przepraszaj. Uwielbiam długie wypowiedzi :)
      I powiem Ci jeszcze, że wolę szybko jeździć z kimś o kim wiem, że jest dobrym i myślącym kierowcą, niż wlec się spacerkiem przez miasto z takim niedzielnym, któremu nie wiadomo co odwali. Czytałam kiedyś inny artykuł, to był chyba list od lekarza który pisał, że większość osób powodujących wypadki typu potrącenie człowieka na przejściach, to statystyczna 40letnia, spokojna pani w futrze. Tak to mniej więcej leciało.

      Usuń
  5. Tak, to jest bardzo wkurwiające. Ja nie jestem dobrym kierowcą, ale nie zachowuję się na drodze jak debil. Podstawowe zasady znam, jestem ostrożna i staram się myśleć jak jeżdżę. Jasne - nie mam doświadczenia, przez co pewne rzeczy jest mi zrobić trudniej, ale zareagowanie na karetkę nie jest trudne.. wymaga tylko zachowania przytomności umysłu i natychmiastowego działania. Jeśli samochody rozjeżdżają się w dziwny sposób na boki, wszystko jest do odkręcenia i ruch wraca do normy po kilkudziesięciu sekundach.

    Jeśli chodzi o pomaganie na miejscu wypadku czasami wystarczy nie przeszkadzać albo ogarnąć ludzi. Wiadomo, że podstawowe rzeczy jest w stanie zrobić większość z nas, a jeśli chodzi o bardziej zaawansowane typu masaż serca to może niekoniecznie wszyscy się nadają, niemniej jednak zachowanie spokoju i przytomności umysłu pomaga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w ogóle nie jestem kierowcą, bo swego czasu rzuciłam kurs i popierdzieliłam za głosem serca i takie tam różne. Mimo to w miarę często jeżdżę samochodami na trasach 200-300 km i jak sobie popatrzę czasami...

      Pomyślałam właśnie, że w razie w. jesteśmy tak bardzo zdani na innych ludzi, że to aż przerażające, biorąc pod uwagę standardowe zachowanie społeczeństwa w takich sytuacjach.

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Przepraszam za tak skrajną lapidarność, ale wnerwiło mnie ostatnio co innego i nie omieszkam o tym się wyżalić w najbliższym czasie. Żeby nie używać zbyt wielu słów niecenzuralno-desantowych, wolałam powstrzymać wodze nerwów i użyć wykrzykników. Tępota ludzka w pale się nie mieści.

      Usuń
    2. Wiem wiem, widziałam jak walczyłaś na fejsiku :*

      Usuń
    3. Oj, to chyba nie o to chodziło :D
      A co widziałaś, bo serio - zapomniałam [przepraszam że zawracam głowę, ale ciekawi mnie to] :)

      Mnie zaś chodziło o kartę zbliżeniową, niepożądany twór, a bank bezczelnie zadecydował za klientów.

      Usuń
    4. Właśnie to widziałam, pisałaś na fanpejdżu mbanku zdaje się :)

      Usuń
  7. Nawet nie chcę się nakręcać przy pisaniu komentarza, już ostatnio, jak to przeczytałam to się nakręciłam. Wystarczy mi żółci. Dlatego piszę, żebyś wiedziała, że to przeczytałam i że też mam bulwersa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a u mnie nie piszesz, żebym wiedziała, że przeczytałaś i potem muszę dzwonić i się dowiadywać.

      Usuń
    2. niech wszyscy znajo prawdę

      Usuń
    3. :D

      Właśnie, właśnie!
      Zgadzam się ze Strī!

      Usuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka